Depeche Mode - "Sounds of the Universe"
Całkiem niedawno ukazał się świeży materiał weteranów - i klasyków jednocześnie - elektronicznego rocka, grupy Depeche Mode. Przyznam szczerze, że po ostatnich dokonaniach Gahana i spółki nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego i w recenzji nastawiałam się na wieszanie psów. Pierwszy od czterech lat, mocno wyczekiwany i jeszcze mocniej upragniony krążek "Sounds Of the Universe" wart jest jednak kilku ciepłych słów uznania. Zatem po kolei.
Na wstępie otrzymujemy "In Chains" którego początek brzmi jak skrzyżowanie Jacaszka i Agima Dżeljilji, który wykręca elektroniczne dźwięki na swoim thereminie. Obiecujący początek, w którym otrzymujemy urzekający melancholią dwugłos Gahan/Gore w refrenie, dialog spreparowanych dźwięków gitary elektrycznej i syntezatora po okołu siedmiu minutach przechodzi w "Hole to Feed" - kawałek z założenia głęboki i poważny trąci farsą za sprawą beatu rodem z samby. Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi na myśl podczas słuchania tego kawałka to Tercet Egzotyczny. Dalej mamy "Wrong" - jeden z mocniejszych momentów płyty. Utwór utrzymany w synthpopowo-rockowym klimacie wbija w fotel. Kropkę na "i" stawia mocny teledysk. Doskonały kawałek do skandowania na koncercie, który odbędzie się już niebawem bo 23 maja. Szybka i wyluzowana jazda w poprockowym rytmie? Tylko z "Fragile Tension” utworze, który swoim początkiem nieco przypomina mi numer "Martyr". "Little Soul" wygląda dumnie i ambitnie zanosi się na mocną industrialną balladę, tymczasem to miękka brzmieniowo przyśpiewka, której słuchanie wywołuje u mnie lekkie zażenowanie.
Jak widać album "Sounds Of The Universe" przypomina sinusoidę, raz jest dobrze i obiecująco a raz troszeczkę no good. Ale cóż.. idźmy dalej. "In Sympathy" - pierwszy lecz nie ostatni duet Gahan/Gore na płycie. Przepiękny utwór z wciągającą, płynącą łagodnie linią melodyczną, ale niezdecydowany rytmicznie, bo ani to tempo balladowe ani rockowe, jakieś takie synthhiphopowe (?). O wiele lepiej na tym polu wypada "Peace" - jeden z nielicznych gwarantowanych przebojów z tego krążka. Dlaczego? Ano dlatego, że łatwo wpada w ucho, poza tym ma taki magiczny wymiar jak "Sister Of Night" czy "Dream On", a Martin tak ładnie w nim pieje. Na koncercie chciałabym usłyszeć ten krążek tylko w wykonaniu samego Martina Gore'a. No i było pięknie, ale się zmyło. Bo oto dalej otrzymujemy smętny utworek "Come back". Zupełnie nie widzę go na koncercie, ale zapewne będzie. Nie widzę w nim nic godnego uwagi poza plumkającą elektroniką. Podobnie w "Spacewalker" - czyżby to miała być kopia „Agent Orange” i „Jazz Thieves”? Jeśli tak to nieudana, po kiego taki utwór w środku płyty?. "Just perfect!" chciałoby się wykrzyczeć podczas słuchania "Sounds Of The Universe", niestety tytułowy "Perfect" jakoś niespecjalnie do tego zachęca. Znacznie lepiej jest z w tym względzie w utworze "Miles Away" takim folkowo-bluesowo-country'owym wypełniaczem mózgu, który zapada w pamięć za sprawą chórku Martina w refrenie. No i teraz Panie i Panowie, a zwłaszcza Panie majtki spadają, bo oto przyszła pora na "Jezebel" - pierwszy utwór z wokalem Martina i to na dodatek bardzo udany! W końcu jakaś prawdziwa zdecydowana być balladą i niczym innym, emanująca smutkiem i tęsknotą, odśpiewana z podniosłością i emocjonalnym zaangażowaniem pieśń. Martin brawo! I tym sposobem przechodząc przez startrekową przestrzeń kosmiczną, pokonując mleczną drogę i ziemskie przyciąganie dochodzimy do kresu podróży z DM - "Corrupt". Niepozorny początek i solidna linia basu przywodzi na myśl "I Feel U". Niestety to już koniec.
Zatem nasuwa się pytanie: czym jest "Sounds Of The Universe"? Według mnie próbą namalowania dźwiękami wizji wszechświata i kosmicznej podróży w czasie i przestrzeni. Zbieraniną syntezatorowo-analogowych dźwięków z "Ultry", "Excitera", "Playing the Angel", których słuchanie nie miażdży ale też nie powoduje odruchów wymiotnych. Niemniej jeśli na koncercie repertuar z nowej płyty nie będzie mocno przetykany starymi przebojami DM, jeśli zabraknie dekadenckiego "Wrong" czy dynamicznego, mechanicznego "Oh Well" to usnę na stojąco.
Ewa Kuba
http://www.infomusic.pl
Opinie czytelników: 6 komentarzy
+ dodaj swoją opinię
Lusiek
A co wy chcecie od Tercetu Egzotycznego? Skąd wiecie, ze się nimi nie inspirowano? Kocopał to twój stary, a ty się czepiasz płota bezpodstawnie.
Rozsuwacz nóg
(2009-05-07 11:26:17)
faktycznie wysokie loty...
... ma ta płyta, zaleciała na pierwsze miejsce aż w 12 krajach, ale nie koniecznie za sprawą swojej genialności (choć i tak jest lepsza od swojej poprzedniczki). Ten 12-y album Depeche Mode powstał w Santa Barbara i Nowym Yorku. Nagrywając go muzycy powrócili do używania wielu instrumentów vintage: od analogowych syntezatorów po perkusje, a wszystko po to, aby wyczarować wyjątkowo stylowe retro aranżacje. Także nie ma w tym nic nadzwyczajnego.
emaus
(2009-05-06 14:55:42)
no bez przesady
jeśli recenzent słuchając DM ma skojarzenie z Tercetem egzotycznym to zamiast pisać recenzje powinien się bardziej wyedukować, osłuchać muzycznie by nie pisał taki "kocopałów" na jakie stać raczej moją sąsiadkę z za płota (sąsiadka ma styczność z muzyką tylko gdy leci taniec z gwiazdami - więc jest to raczej styczność z tańcem)
Zmusza do refleksji
(2009-05-06 10:28:47)
Sounds of the Universe
Wszechswiat jest Ich mowa tu o DM nie jest to latwy album i napewno znajda sie krytycy jak i wielbiciele.Nie jest to muzyka dla wszystkich,sluchajac tej plyty trzeba wiedziec cos o muzyce..muzyce wysokich lotow bo taka jest ta plyta.Szacunek dla chlopakow moja ocena 8 na 10.
darek
(2009-05-05 14:25:42)
Ta susza mnie nie wzrusza
Gdy po raz pierwszy słuchałem Violator to mialem wrazenie, ze ta plyta zostala nagrana w 1983, 1984.... jakie bylo moja zaskoczenie, gdy sie okazalo, ze to 1990 .Takie rozwiązania i pomysły słyszałem lata wcześniej u elektronicznych magików.
Lutek
(2009-05-05 09:40:25)
Sounds of the Kotlina Kłodzka
Depeche Mode bylo i zawsze bedzie synthpopem, new wave w wersji dirty (czasem wręcz okreslane przybrudzonym italo-disco). Okreslanie tej muzyki jako co innego to tylko dowartosciowywanie sie fanów. Obecnie grupa szerzy wokol siebie kult wielkiego impotenta. Nie ma co ukrywac, jedynie Ultra byla ciekawa po odejsciu Wildera, brakuje tu tez drygu Kevorkiana.
Pan Rychu
(2009-05-04 09:44:57)
Dodaj swoją opinię
|