David Gilmour - relacja z koncertu (Wrocław)

David Gilmour - relacja z koncertu (Wrocław)

9 lipca 2016, 14:47

[img:1]

Dwa razy miałem okazję oglądać koncerty Rogera Watersa, podczas których mogłem zachwycać się spektakularnym widowiskiem „The Wall”. Gdy drugi z liderów Pink Floyd, zupełnie innego pokroju człowiek i artysta, dawał swój imponujący koncert w Stoczni Gdańskiej 10 lat temu, byłem w Londynie. Bardzo żałowałem, że nie mogłem uczestniczyć w tej imprezie, zwłaszcza że wziął w niej udział klawiszowiec Floydów Richard Wright, dla którego był to ostatni występ w życiu. W przedostatnią sobotę we Wrocławiu częściowo powetowałem sobie tamtą nieobecność, zwłaszcza że analogii z gdańskim koncertem było dużo.

 

David Gilmour

Wokalista, gitarzysta, kompozytor i jeden z dwóch (obok Rogera Watersa) liderów legendarnego Pink Floyd – wystąpił 25 czerwca na Placu Wolności w ramach imprez w tegorocznej Europejskiej Stolicy Kultury, czyli stolicy Dolnego Śląska. Artyście towarzyszyli Leszek Możdżer oraz Zbigniew Preisner, który dyrygował 30-osobową Orkiestrą Filharmonii Wrocławskiej. To są zresztą przyjaciele Gilmoura, którzy zagrali także 10 lat wcześniej, kiedy dał on wspomniany, zjawiskowy koncert w ramach cyklu „Przestrzeń Wolności” w Stoczni Gdańskiej.

Występ we Wrocławiu był też wyjątkowy z kilku innych powodów. Był on pierwszym na trasie (precyzyjnie pisząc, na ostatniej, czwartej części tej trasy) Rattle That Lock Tour, która w założeniu ma promować tegoroczny, ostatni póki co solowy album artysty „Rattle That Lock”, za który niedługo przed koncertem otrzymał  (wspólnie z autorką tekstów na płycie, a prywatnie swoją żoną – Polly Samson) zresztą Złotą Płytę. Wydarzenie było ponadto transmitowane przez Telewizję Polską. Przede wszystkim jednak znalazły się w nim wspaniałe utwory, w tym te, których Gilmour, z towarzyszącymi mu muzykami nie prezentował dotychczas podczas swoich koncertów.

 

 

Zaczął jednak w sposób planowany, od „5 A.M.” ze swojej ostatniej płyty, który płynnie przeszedł w tytułowy utwór z albumu oparty na sygnale dźwiękowym francuskich kolei państwowych. Następnie usłyszeliśmy śliczne, subtelnie zagrane i przejmująco zaśpiewane „Faces to Stone”. Tym razem jednak inaczej niż w przypadku koncertu w Gdańsku Gilmour nie zaprezentował w całości repertuaru z ostatniej płyty (10 lat temu było to wydane w 2006 r. „On an Island”), który w całości wypełniłby pierwszą część koncertu. Utwory z „Rattle That Lock” były bowiem rozrzucone po całej, blisko 3-godzinnej setliście. W sumie usłyszeliśmy osiem z dziesięciu (w tym pięć w pierwszej części show), które znalazły się na płycie.

Zanim jednak rozpoczął się właściwy koncert (ok. 21.45 ze względu na transmisję telewizyjną), swój mini recital dał Leszek Możdżer, prezentując nam popis swoich wirtuozerskich pianistycznych umiejętności. Wspomniałem o tym w tym miejscu nieprzypadkowo, bowiem polski pianista pojawił się przy okazji innego utworu z „Rattle That Lock”, którym był „The Girl in the Yellow Dress”. Nie było to jednak zaskoczeniem, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Możdżer to przede wszystkim wybitny pianista jazzowy oraz improwizator, a utwór utrzymany jest właśnie w jazzowej konwencji. We Wrocławiu ten utwór usłyszeliśmy w zmienionej aranżacji autorstwa Możdżera. Innym utworem z płyty, na której się teraz koncentrujemy, a który należy wyróżnić, był „Dancing Right in Front of Me”, który we Wrocławiu miał swój koncertowy debiut. 

Nie oszukujmy się jednak. To nie solowe utwory Gilmoura były tymi, które sprawiły, że 25 tysięcy biletów na koncert rozeszło się momentalnie (inna sprawa, że fatalna była ich dystrybucja). Wszyscy oczekiwali przede wszystkim na twórczość Pink Floyd. I nie zawiedliśmy się! Pierwszy z repertuaru tego niezwykłego zespołu był znakomity, przejmujący tytułowy kawałek z albumu „Wish You Were Here” (1975 r.), przy okazji którego  Gilmour po raz pierwszy tej nocy użył gitary akustycznej. Charakterystyczne dźwięki, którymi rozpoczyna się ten utwór, od razu chwyciły nas za serca. Mnie także, był to bowiem pierwszy utwór Pink Floyd, który na żywo widziałem w wykonaniu Gilmoura. Kolejny kawałek Floydów pochodził już z czasów bez Rogera Watersa, a mianowicie z płyty „The Divison Bell” z 1994 r., która, co było do przewidzenia, miała podczas koncertu kilku swoich reprezentantów.

Pierwszym z nich był „What Do You Want from Me”. Obie kompozycje zabrzmiały znakomicie, podobnie do studyjnych wersji. Nie miałem już wówczas żadnych wątpliwości, że to będzie magiczny wieczór. Refleksyjny nastrój mogliśmy kontemplować przy okazji „A Boat Lies Waiting” z płyty ostatniej oraz pierwszego utworu z poprzedniej płyty Gilmoura, czyli „On an Island” z 2006 r. Tym kawałkiem było „The Blue”. Prawdziwie szaleństwo nastąpiło, gdy popłynęły pierwsze dźwięki dla wielu (nie dla mnie jednak) najlepszej i najważniejszej płyty w historii muzyki rockowej, czyli „The Dark Side of the Moon” (1973 r.). Jeden po drugim usłyszeliśmy bowiem „Money” (w którym dźwięk przesypujących się monet oraz otwierających się kas sklepowych zgrany jest z basowym riffem), ilustrowany znanym nam wideoklipem oraz słynną smutną balladę „Us and Them”.

Nigdy nie słyszałem ich na żywo w wykonaniu żadnego z Floydów (siłą rzeczy Waters podczas swoich koncertów gra tylko repertuar z „The Wall” – którego jest dominującym twórcą), ale dla mnie live prezentowały się lepiej niż na płycie! Na koniec pierwszej części koncertu usłyszeliśmy zaś inny nieśmiertelny utwór Gilmoura i spółki (poprzedzony solowym „In Any Tongue”) – „High Hopes”, najlepszy po „Learning to Fly”, którego ku mej rozpaczy zabrakło na koncercie, utwór nie tylko ery Pink Floyd bez Rogera Watersa, ale Pink Floyd w ogóle.

Piosenka z płyty „The Division Bell” była też świetnym przykładem wkładu w widowisko Zbigniewa Preisnera, odpowiedzialnego za orkiestracje na dwóch solowych krążkach Gilmoura. „High Hopes” miało orkiestrową aranżację i dzięki kunsztowi kompozytora oraz dyrygowanej przez niego 30-osobowej orkiestry zabrzmiało jeszcze bardziej monumentalnie niż na płycie, co aż trudno sobie wyobrazić! Preisner dyrygował głównie przy okazji solowych utworów artysty, ale na szczęście jego wkład słyszalny był także w kilku utworach Pink Floyd. Najbardziej chyba w tym, a Polakowi zawdzięczamy m.in. dodatkowe instrumenty smyczkowe. Na „The Division Bell” zespół udowodnił, że pod przywództwem Davida Gilmoura może tworzyć dzieła wielkie.

[img:2]

Płyta może nie koncepcyjna, ale jak dla mnie, najbardziej spójna w dziejach. Słucha się tego wspaniale. Jak podzielonej na części suity. „High Hopes” traktuje o nieubłaganym upływie czasu, wchodzeniu w kolejne etapy życia, ale także o tym, że należy odpowiednio doceniać to, co przyniosło nam życie, co przyniósł nam los. Utwór ilustrował słynny teledysk, który mogliśmy także oglądać we Wrocławiu. To był koniec pierwszej części koncertu. 

W drugiej, po ok. 20-minutowej przerwie, utworów Pink Floyd usłyszeliśmy więcej. Miała ona historyczne otwarcie. Po raz pierwszy w swojej solowej karierze Gilmour zaprezentował bowiem instrumentalny utwór „One of These Days” z albumu „Meddle” (1971 r.). Jego tempo i hipnotyczny rytm brzmiały cudownie, a tytuł świetnie korespondował z tym, co tego dnia się wydarzyło – mam na myśli nie tylko koncert, ale i zwycięstwo naszych piłkarzy nad Szwajcarią w 1/8 finału Mistrzostw Europy.

To jest utwór przede wszystkim instrumentalny (nie licząc nietypowej partii wokalnej perkusisty Pink Floyd Nicka Masona w wersji studyjnej), więc to dobry moment, by wspomnieć o towarzyszących Gilmourowi muzykach, których było siedmiu. Największe wrażenie robił oczywiście Guy Pratt, który występował w charakterze basisty z Pink Floyd na trasach koncertowych promujących „A Momentary Lapse of Reason” i „The Division Bell”. On też został najbardziej entuzjastycznie przyjęty. Warto jednak wyróżnić wszystkich muzyków, a zwłaszcza keyboardzistę Grega Philinganesa, gitarzystę Chestera Kamena oraz grającego na saksofonie João Mello.

Muzycy zostali przedstawieni przy okazji utworu „On an Island”. Wśród solowych kompozycji, które usłyszeliśmy jeszcze w tej części koncertu, znalazły się też przebojowe „Today” i wspomniane wcześniej „Dancing Right in Front of Me” oraz „The Girl in the Yellow Dress”. Znakomicie całość tego kilkudziesięcioosobowego kolektywu muzycznego mogliśmy docenić podczas drugiej kompozycji tej części koncertu „Shine on You Crazy Diamond (Parts I–V)”, poświęconej, jak wiemy, Sydowi Barrettowi – pierwszemu z liderów legendarnego zespołu, jeszcze w jego psychodelicznej fazie twórczości i kariery. Gilmour wyraźnie doceniał też Polaków. Dwukrotnie dziękował Preisnerowi, a na koniec uroczo zapraszał na scenę Możdżera.

W dalszej części koncertu mieliśmy ogromną przyjemność usłyszeć także inne kompozycje Floydów: „Coming Back to Life”, „Sorrow” oraz „Run Like Hell”. Pierwszy pochodzi z wychwalanej już tu przez mnie świetnej płyty „The Division Bell”, drugi z nich był natomiast jedynym tylko przedstawicielem płyty „A Momentary Laps of Reason” (1987 r.) – pierwszej nagranej przez zespół po odejściu Watersa. Przy tym smutnym i trudnym kawałku część polskich kibiców świętowała jeszcze po meczu, co najlepiej oddaje niezwykłość koncertu w tym dniu.

Rozbudowana wersja „Run Like Hell” kończyła zaś zasadniczą część występu. Podobnie jak „One of These Days”, jest to jeden z najlepszych utworów instrumentalnych (choć partie wokalne też tu występują) Floydów (jeden z najlepszych kawałków na „The Wall”).  Zresztą jeśli chodzi o utwory instrumentalne oraz pomysłowość w wykorzystywaniu mało znanych instrumentów, urządzeń oraz rozwiązań technicznych, Pink Floyd bili wszystkich na głowę, nawet z Queen na czele. Dynamiczne tempo utworu świetnie współgrało tutaj z drapieżnym głosem Gilmoura. 

Zresztą ten głos był przez cały koncert imponujący! Charakterystyczna chrypka i głębia nic nie straciła w ciągu lat. Gilmour śpiewał bardzo emocjonalnie, przejmująco. Wyraźnie intepretował śpiewane teksty. Jeszcze bardziej niż wokalem David czarował oczywiście tym, co wyprawiał na gitarze. Sposób jego gry jest jedyny w swoim rodzaju, a solówki są godne podziwu. Zresztą mogliśmy im się dobrze przyjrzeć, bo często ich zbliżenia były prezentowane na wielkim, okrągłym ekranie, znanym z występów Pink Floydów. Na nim prezentowane były także ilustrujące utwory teledyski oraz oczywiście zbliżenia muzyków. Scenografia i efekty wizualne nie miały jednak oczywiście takiego rozmachu jak na spektakularnych koncertach Pink Floyd. Ale może to i dobrze, bo w mniejszej mierze odciągały nas od muzyki. A ona była cudowna. Tym bardziej cieszy, że akustyka i nagłośnienie były takie, jak powinny. 

Także podczas bisów, na które złożyły się „Time” (dźwięk zsynchronizowanych bijących zegarów znany nam z „The Dark Side of the Moon” powodował ciarki na plecach), „Breathe (reprise)” oraz utwór, którego zabraknąć po prostu nie mogło – „Comfortably Numb”. Ten ostatni chyba najlepiej oddaje ideę „The Wall”. W największym uproszczeniu opowiada o artyście, który jest już zmęczony, a wręcz wyczerpany sławą, a mimo to cały czas przymuszany do występów.

Mi natomiast kojarzy się ze stanem, który niestety towarzyszy mi stosunkowo często: kiedy robisz według swojej oceny wszystko jak należy, a twoje intencje są opacznie interpretowane, niedocenione i prowadzi to do konfliktów, niestety często z najbliższymi osobami. Utwór ten jest jednym z tych napisanych wspólnie przez Rogera Watersa i Davida Gilmoura. Solówka tego ostatniego, która we Wrocławiu zabrzmiała oczywiście magicznie, jest jedną z lepszych w całej historii muzyki.

Jest to też świetny przykład tego, jak wielkie kompozycje mogliby wspólnie tworzyć panowie, gdyby tylko umieli się lepiej dogadywać (niemniej przy powstawaniu tego utworu także toczyły się między nimi wojny). Pink Floyd zagrali ten utwór podczas słynnego koncertu Live 8 w 2005 r. a w 2011 r. na jednym z londyńskich koncertów Watersa (nie)spodziewanie na murze pojawił się Gilmour. We Wrocławiu pojawiło się za to przy okazji tego utworu morze kolorowych świateł wystrzelonych w powietrze.

Waters za to we Wrocławiu się nie pojawił, ale chyba nikt na to nie liczył. Zabrakło też kilku utworów, w tym tych z ostatniego albumu zespołu „The Endless River”, wydanego w 2014 r., a będącego przede wszystkim pośmiertnym hołdem dla Richarda Wrighta (większość utworów zostało zarejestrowanych podczas sesji do „The Division Bell”). Ale i bez tego koncert był zjawiskowy! Było rockowo, jazzowo i nastrojowo. Całość polana orkiestrowym sosem z domieszką psychodelii.

 


Prawdziwa muzyczna uczta!

A to wszystko w urokliwej scenerii, w szczególnym miejscu (ponoć Gilmour sam wybrał Wrocław jako miejsce rozpoczęcia swojej czwartej, ostatniej części trasy) i historycznym dniu dla polskiej piłki nożnej (jak dobrze, że mecz był o 15.00!). Umiejscowienie koncertu na Placu Wolności nadały mu pewną swoją specyfikę i klimat oraz sprawiło, że koncert mogli też obejrzeć okoliczni mieszkańcy bez biletów z perspektywy np. okien okolicznych budynków, ale także innego rodzaju podwyższeń. Gilmour na koncercie nie mówił zbyt wiele (m.in. witał nas w „europejskim mieście Wrocław"”). Był skupiony na muzyce. Publiczność, w różnym przedziale wiekowym, która wypełniła po brzegi Plac Wolności, była zaś skupiona w całości na jej odbiorze. Entuzjastyczne oklaski przeplatały się z chwilami wielkiego wzruszenia i docenienia faktu obcowania z legendą. Mi też pociekły łzy. Była to magiczna noc. Chyba dla obydwu stron. 

Autor: Michał Bigoraj

Zobacz także: cały koncert z Gdańska

 

Electronic & dance

Muzyka

Anne-Marie na koncercie w Warszawie
Więcej wiadomości
Copyright © INFOMUSIC 2021

Szanowny Czytelniku

Chcemy dostarczyć Ci najlepszych możliwych wrażeń płynących z użytkowania serwisu, dlatego potrzebujemy Twojej zgody na lepsze dopasowanie treści reklamowych do Twoich zainteresowań. Poufność danych jest dla INFOMUSIC.PL niezwykle ważna i chcemy, aby każdy nasz użytkownik wiedział, w jaki sposób je przetwarzamy. Dlatego sporządziliśmy Politykę prywatności opisującą sposób ochrony i przetwarzania Twoich danych osobowych. Pozostając na stronie akceptujesz jej postanowienia.

Przejdź do serwisu Nie teraz