RELACJA: Metallica w Warszawie

RELACJA: Metallica w Warszawie

28 sierpnia 2019, 09:17
autor: Michał Bigoraj

Jaki zespół grający w Polsce 12. raz jest w stanie zapełnić Stadion PGE Narodowy, udowadniając, że miłość polskich fanów nie tylko nie osłabła, ale ciągle wzrasta? Ano taki, który świetnie łączy ze sobą trzy, dla wielu najważniejsze w muzyce elementy: przebojowe utwory, pełne zaangażowanie w koncerty oraz wielki szacunek dla swoich fanów. Takim zespołem jest Metallica, która na stadionie w stolicy Polski wystąpiła 21 sierpnia.

Ich poprzedni występ w naszym kraju był dla wielu najważniejszym w poprzednim roku i to pomimo faktu, że wówczas gościliśmy w Polsce takich gigantów jak The Rolling Stones, Guns N' Roses, Roger Waters czy Paul McCartney. 28 kwietnia 2018 r. w krakowskiej TAURON Arenie pojawiła się jednak Metallica, dając koncert będący częścią europejskiej trasy "WorldWired Tour" promującej wydany w 2016 r. znakomity album "Hardwired... to Self-Destruct", który dotarł do pierwszego miejsca sprzedaży w wielu krajach na świecie, w tym także w Polsce. Co ciekawe, każdy bilet na koncert na tamtej trasie, zakupiony w sposób oficjalny, dawał wówczas możliwość odbioru fizycznej lub cyfrowej kopii tego albumu. Teraz zespół (współ)dowodzony przez charyzmatycznego wokalistę, gitarzystę (ale także kompozytora i autora tekstów) Jamesa Hetfielda ponownie odwiedził Polskę, w ramach tournée promującego ostatni album. Ale to nie utwory z niego były najważniejsze.

 

[img:1]

 

Ten założony w 1981 r. zespół jest jedną z najbardziej wpływowych grup w historii muzyki metalowej i rockowej (wbrew nazwie mają bowiem wiele wspólnego z rockiem). Nie tylko ze względów artystycznych, ale i wizerunkowych. Do historii przeszedł choćby występ, który w grudniu 2013 r. grupa dała na Antarktydzie. Ponieważ w tym samym roku koncertowała także w wielu innych miejscach na całym świecie, to zdobyła tytuł pierwszego zespołu, który zagrał koncerty na wszystkich siedmiu kontynentach w ciągu jednego roku, zapewniając sobie dzięki temu wpis do Księgi Rekordów Guinnessa. To co napisałem powyżej, najlepiej dowodzi tego, że koncerty Metalliki muszą być spektakularne. I ten w Polsce, też oczywiście taki był.

Metallica swoje koncerty rozpoczyna odtworzonym z taśmy wstępem w postaci "Ecstasy of Gold", czyli utworem skomponowanym przez wybitnego Ennio Morricone pochodzącym ze słynnego spaghetti-westernu "Dobry, zły i brzydki" z 1966 r. w reżyserii Sergia Leone. Tak było również w Warszawie, a towarzyszyły temu obrazy ze wspomnianego filmu w jakości żywcem wyjętej ze starych i nie najlepszej jakości kaset VHS. Oczywiście był to celowy zabieg, bo Metallica przywiązuje bardzo dużą wagę do widowiskowych wizualizacji i teledysków ilustrujących koncertowe wersje ich utworów. 

 

[img:2]

 

Jako pierwszy utwór zespołu usłyszeliśmy "Hardwired", poprzedzone efektownym intrem, podczas którego na ogromnych telebimach widoczne były twarze 4 muzyków - Hetfielda, drugiego obok niego założyciela zespołu czyli perkusisty duńskiego pochodzenia (pozostali muzycy to Amerykanie) Larsa Urlicha, gitarzysty Kirka Hammeta oraz basisty Roberta Trujillo. Na ekranie pokazano zespół w abstrakcyjnej konwencji (z powykrzywianymi i kolorowymi twarzami) znanej z oprawy graficznej, jaką miał wspomniany na początku album, do którego tytułu nawiązuje ten utwór. Od samego początku było więc energetycznie heavy-metalowo z solidną domieszką hard rocka, ale było też niestety słabo słyszalnie. (Nie)sławna akustyka Narodowego znów dała o sobie znać.

Na szczęście czas działał na korzyść zespołu i stopniowo dźwięk zespołu na warszawskim stadionie był coraz bardziej selektywny i rozpoznawalny, ale niestety nie da się tego napisać o kilku pierwszych utworach. Ta uwaga dotyczy też niestety zagranego jako kolejny, niesamowicie klimatycznego  "The Memory Remains" z płyty "ReLoad" z 1997 r. (zakończonego imponującym, szybszym od wersji studyjnej outro, czyli ścieżki dźwiękowej kończącej ten utwór), w którym widzieliśmy także, dobrze znaną nam z teledysku do tego utworu Marianne Faithfull - słynną brytyjską piosenkarkę i dawną partnerkę Micka Jaggera, a zatem prawdziwą muzę rock'n'rolla. To właśnie śpiewany, a bardziej nucony przez nią refren, przy okazji tej kompozycji sprawił, że po raz pierwszy, ale nie ostatni tego wieczoru mogliśmy słyszeć chóralne zaśpiewy niemal całego stadionu.

 

[img:3]

 

Następnie usłyszeliśmy "The Four Horsemen" - czyli utwór z albumu, po którym, jak wiemy wszyscy, Metallica "się skończyła". Mowa oczywiście o debiutanckim krążku formacji z 1983 r., jakim był "Kill 'Em All". Przytoczony zaś cytat dotyczy zarzutu (odbieranego jednak przez wielu z przymrużeniem oka, a wręcz absurdalnie), że zespół po tym właśnie pierwszym albumie skomercjalizował swoją muzyką. Ale jeśli tak ma wyglądać "komercja", to proszę bardzo, bo przecież Metallica gra absolutnie według własnych reguł! Kolejny numer "Harvester of Sorrow" (pochodzący z albumu "...And Justice for All" z 1988 r.)  - z "cmentarną" wizualizacją w tle - był zwiastunem poprawy w akustyce, a jej potwierdzeniem była pierwsza tego dnia ballada (z których to zespół słynnie niemal na równi jak z energetycznych kawałków), czyli "The Unforgiven". I od tego momentu mogliśmy o wiele bardziej delektować się muzyką.

Od samego początku mogliśmy zaś podziwiać niesamowitą energię muzyków poruszających się na imponującej scenie, rozmiarami przypominającą tę znaną z Pol'and'Rock Festvial (lepiej znanego jako Przystanek Woodstock). Rzadko kiedy ma się okazję oglądać muzyków tak oddalonych od siebie podczas koncertu. Czasem było tak, że na jej skrajnych końcach byli dwaj gitarzyści, a Urlich z Hetfieldem pośrodku. Cała czwórka najczęściej spotykała się na wysuniętej do przodu platformie, dając przede wszystkim frajdę publiczności (znakomicie i entuzjastycznie reagującej przez cały koncert) zgromadzonej po jej bokach. Wróćmy jednak do muzyki. Ballada, pochodząca ze słynnego  "Czarnego Albumu" (nawiązanie do czarnej okładki płyty "Metallica" z 1991 r.) jest moją ulubioną, z imponującego dorobku zespołu. Niemal równie wysoko cenię także kompozycję "One", której również w Warszawie nie mogło zabraknąć, a której towarzyszyły wojenno-batalistyczne wizualizacje i pirotechniczna oprawa.  Wymienione piosenki należą do wielkich hitów grupy zaprezentowanych tego dnia w Warszawie. Oprócz nich usłyszeliśmy jeszcze m.in.: mogące uchodzić za klasyka heavy metalu "Sad but True" (także przedstawiciel "Czarnego Albumu"), energetyczne i rozbudowane na koncertową modłę "Master of Puppets" (tytułowy utwór z albumu z 1986 r.) monumentalnie i potężnie wyśpiewane, a wręcz wykrzyczane przez Hetfielda "Seek & Destroy" (pochodzące z płyty, po której Metallica "się skończyła").

 

[img:4]

 

Nie zabrakło także hitów z XXI wieku, z tytułowym kawałkiem z albumu "St. Anger" (z 2003 r.) oraz "Moth into Flame" ze wspomnianego na początku "Hardwired... to Self-Destruct" (zabrakło za to najlepszego moim zdaniem kawałka z tej płyty czyli "Atlas Rise") na czele. Do innych przebojów jeszcze dojdę, ale już teraz mogę zdradzić, że było to prywatnie moje niemal "greatest hits", a z tych największych zabrakło tylko mojego ulubionego. Ale przecież "Whisky in the Jar" - bo o nim mowa - to przecież tylko cover znanej irlandzkiej ludowej piosenki, który w swoim repertuarze miał przede wszystkim zespół Thin Lizzy.

Paradoksalnie jednak to nie przebój Metalliki spotkał się z największym aplauzem publiczności tego wieczoru. To miano przypadło... "Snowi o Warszawie" z repertuaru Czesława Niemena (którego zdjęcie pojawiało się na telebimie po wykonaniu utworu) i z tekstem Marka Gaszyńskiego. Tradycją koncertów w ramach tras "WorldWired" jest to, że w danym kraju zespół wykonuje związaną z tym państwem kompozycję. W Krakowie, na wspomnianym koncercie rok temu, był to "Wehikuł czasu" Dżemu. Mało kto spodziewał się jednak utworu Niemena w Warszawie (pod uwagę był brane raczej utwory największych polskich rockowych zespołów), ale z drugiej strony teraz ten wybór wydaje się najbardziej oczywisty (zwłaszcza że podczas koncertu na telebimach widzieliśmy także fragmenty koncertu z 1 czerwca 1999 r., który Metallica dała na stadionie warszawskiej Gwardii).

 

[img:5]

 

Z tym evergreenem polskiej muzyki rozrywkowej zmierzył się - od strony przede wszystkim wokalnej - odpowiedzialny za takie "krajowe" akcje Robert Trujillo (który był także jednym z dwóch bohaterów innej sentymentalnej akcji, w której odgrywał partię znaną z utworu "Orion" przez widocznego wówczas na telebimie Cliffa Burtona - pierwszego basisty formacji zmarłego tragicznie w 1986 r.), który wspomagany na gitarze akustycznej przez Kirka Hammetta bardzo łamaną polszczyzną zaśpiewał fonetycznie polski tekst. To był absolutnie jego moment. Swoje mieli też pozostali instrumentaliści. Hammett miał okazję do zaprezentowania swoich nieprzeciętnych umiejętności przy okazji różnych solówek. Podobną szansę dostał też Urlich przy okazji choćby "For Whom the Bell Tolls", podczas którego dał popis swoich umiejętności na wspomnianej, wysuniętej do przodu platformie. I choć im wszystkim zdarzały się drobne wpadki techniczne (np. nie wejście w tempo), to Metallica jest zespołem wprost stworzonym do koncertów, nie tylko ze względu na swoje umiejętności, ale także niesamowitą energię i kontakt z publicznością. Ale również ze względu na niekłamaną radość z gry, co najlepiej pokazał Hetfield mówiąc przy okazji, że "ma najlepszą pracę na świecie". Któż by tak nie myślał?

Zasadniczą część koncertu zakończył wspomniany "Seek & Destroy". Później jednak dostaliśmy wyczekiwane przez wszystkich bisy. A cóż to były za bisy! Wprawdzie otwierający je energetyczny "Spit Out the Bone" (także z "Hardwired...to Self Destruct") pełnił rolę rozgrzewki, ale to dwa kolejne utwory dla wielu stanowią dwa największe hity formacji. Dodajmy, że jakże od siebie różne. Jako pierwszy z nich dostaliśmy jedną z ballad wszech czasów - "Nothing Else Matters" (ponownie "Czarny Album"), przy którym warto się na chwilę zatrzymać.

 

[img:6]

 

W 1999 r. miało też miejsce wydarzenie niezwykle ważne w historii rocka symfonicznego. Dla wielu, pomimo że nie nowotarskie, to być może nawet najważniejsze. To właśnie wtedy swój słynny album "S&M" zaprezentowała światu Metallica. Był to album koncertowy zawierający utwory grupy w symfonicznych aranżacjach. Zespół wystąpił wspólnie z San Francisco Symphony Orchestra pod batutą Michaela Kamena, odpowiedzialnego także za symfoniczne kompozycje i akompaniament. Nagrania dokonano podczas dwóch koncertów 21 i 22 kwietnia w Berkeley Community Theatre. Utwory wtedy zaprezentowane i wydane później na płycie podzieliły fanów na dwa obozy - entuzjastów takich wersji oraz tych, dla których był to zamach na kultowe przeboje. "Nothing Else Matters" w symfonicznej aranżacji jest bez wątpienia najbardziej popularnym utworem w historii rocka symfonicznego. A Metallica prezentowała jeszcze w przyszłości swój orkiestrowy wizerunek. To jednak temat na odrębny artykuł.

Wróćmy do tego, co działo się w Warszawie, a co mógł zakończyć tylko jeden utwór - "Enter Sandman" ("Metallica" lub - jak kto woli - "Czarny Album"), oparty na pozornie prostym riffie (autorstwa Hammetta) i tekście (o mrocznym sekrecie, wydawać by się mogło, idealnej rodziny - autorstwa Hetfielda). Jest to chyba najlepsza wizytówka Metalliki i wręcz hołd, który ten zespół złożył gatunkowi jakim jest metal. W Warszawie wypadł niezwykle dojrzale, jakby czas go konserwował. A publiczność, jakkolwiek banalnie to zabrzmi, po prostu szalała.

Podobnie zresztą jak muzycy, którzy po jego wykonaniu jeszcze bardzo długo żegnali się ze sceną. W końcu pożegnać się z blisko 60-tysięczną widownią to nie lada sztuka. Jedyny raz taką frekwencję widziałem w tym miejscu na The Rolling Stones w zeszłym roku. Czy pod względem muzycznej długowieczności Metallica może być ich następcą? Po tym co widziałem parę dni temu, z szokiem stwierdzam, że tak.

 

[img:7]

 

Autor tekstu: Michał Bigoraj
Zdjęcia: Michał Młynarczyk, dzięki uprzejmości agencji Live Nation i p. Katarzyny Zalewicz.

 

Metal

Muzyka

Weekend z Kazikiem Staszewskim w Klubie Stodoła! KAZIK solo oraz Kazik & Kwartet ProForma w lutym 2023
Więcej wiadomości