WYWIAD: Smok Smoczkiewicz

12 grudnia 2016

Dobry gitarzysta jest jak snajper. Przyjmuje zlecenie i je rozpracowuje.
Smok Smoczkiewicz, wieloletni gitarzysta, lider formacji Sold My Soul i pedagog opowiada nam o swoim zespole, modzie na retro granie, technicznych aspektach nagrywania płyt oraz własnych eksperymentach z gitarą i wyborze sprzętu. Usłyszeliśmy również dlaczego muzyk rockowy może świetnie spełnić się w kapeli metalowej, jak okładki płyt kształtują wyobraźnię, dlaczego muzyka to nie sport oraz jak przez lata zmienił się sposób nauki gry na gitarze i co to oznacza w praktyce.

 

Anna Konopka: W muzyce jesteś już od lat, ale debiut płytowy Twojego ostatniego zespołu przypadł na rok 2014. Płyta Sold My Soul spotkała się z gorącymi recenzjami. Z perspektywy czasu jak oceniasz krążek? Coś byś poprawił?

Smok Smoczkiewicz: Kilka przemyśleń, które wciąż podtrzymuję, miałem już po wydaniu płyty. Gdybyśmy ten album mieli teraz wydawać byłoby na nim jeden lub dwa utwory mniej. Myślę, że czasami, warto stosować zasadę „mniej znaczy więcej”.

Nie mówię, że czegoś żałuję, ale chcieliśmy też wydać rok po premierze również limitowaną edycję na winylu. Tak myślałem wtedy, ale wobec sytuacji wyrzucenia w tym roku z zespołu wokalisty, który nagrywał dotychczas z nami to wiem, że lepiej się stało że nie wypuściliśmy tego winyla. Jak się uda to mamy lepszy pomysł na winyl w przyszłości, ale tego nie będę zdradzał. Musi być ku temu odpowiedni moment.

 

[img:1]

 

Z Sold My Soul, przypominacie przede wszystkim brzmienie rocka i bluesa sprzed lat. Wasze inspiracje to m.in. Led Zeppelin, Free, Deep Purple. Krytycy i fani dostrzegają w Waszym graniu jednak większą różnorodność.

Fajnie, że różnie o nas mówią, jak i piszą. Jeśli zaczniemy grać tylko stricte bluesowo, to pozyskamy więcej fanów z takiego tradycyjnego bluesowego środowiska, a jeżeli będzie to granie stricte rockowe, to będą to miłośnicy konkretnego rock and rolla i hard rocka. Cieszę się, że słuchają nas miłośnicy wielu brzmień, tak jest lepiej.

 

Warto przypominać tzw. stare granie, style muzyczne, które największą popularnością cieszyły się, nie oszukujmy się lata temu?

Moda na takie retro granie trwa już dobrych kilka lat. W Polsce zawsze takie rzeczy zauważa się 4-5 lat później. Obecnie wystarczy sprawdzić, jak brzmią utwory wielu popularnych polskich artystów. Dla przykładu Ania Rusowicz wydała płytę, gdzie połowę repertuaru stanowiły utwory jej mamy, a druga jej własna to przecież powrót do big beatu, ale spójrzmy, ile lat po debiucie „retro maniaków” w stylu White Stripes!

A co robi obecnie Organek? Zahacza o root bluesa za każdym razem. Są też zespoły jak Katedra które brzmią przekonująco, widać że żyją w starych paltach swych rodziców lub dziadków ;) Są też takie które węszą modę na stare granie i szybko robią takie utwory, ale starsza publiczność czuje jak jest ściema. To wszystko pokazuje, że moda na taką muzykę powróciła i z powodu renesansu winyli również trochę rośnie.

Gdy my tworzyliśmy zespół w Polsce było takich zespołów kilka, a teraz pewnie jest ich z kilkadziesiąt… Niech się dzieje. Lubię jak się dzieje. Nie należę do zawistnych muzyków. Niech wszyscy grają.

 

Wy natomiast wracacie do korzeni.

W tym zespole tak, korzenie rocka z mocną domieszką bluesa, a gramy to z oczywiście z pazurem. Najmocniej inspirujemy się okresem 1967-1975 w USA i UK, ale trzeba powiedzieć jasno: polski Tadeusz Nalepa czy TSA również mieli na nas wpływ. Osobiście pamiętam, jak mykałem korytarzem podstawówki nr 3 w Opolu ze znaczkiem TSA w klapie w 1983 roku, w tym czasie Wałęsa wpinał znaczek z Matką Boską…

Patrzyłem wtedy krzywo na tzw. „popersów” co wpinali sobie znaczki Republiki i czasem naparzaliśmy się tornistrami na korytarzu. Na szczęście jeszcze zanim wyszedłem z podstawówki do ogólniaka, to mi przeszło krzywienie sie na inną muzę. Doceniłem i Republikę, szczególnie za świetne teksty.

 

Z historii muzyki wiemy, że to czas szczególnie ważny dla gitarowego grania...

Krótko mówiąc, to wtedy powstał rock. Ta stylistyka wytworzyła się w Wielkiej Brytanii, gdy biali muzycy, którzy słuchali czarnego, amerykańskiego elektrycznego bluesa po prostu przenieśli go na swój grunt. Brytyjczycy zawsze muszą być oryginalni, nie tylko w tym, że jeżdżą po lewej stronie ulicy (śmiech). Zaczęli więc eksperymentować z brzmieniami i pierwsi docenili mocno czarnego bluesa, czego w USA wtedy unikano. Oni są bardziej otwarci od Amerykanów, którzy w kwestiach muzycznych są bardziej zachowawczy i konserwatywni.

To w tym okresie wytworzyło się wiele ciekawych rzeczy. Pierwsze efekty do gitar testowali m.in. Jeff Beck czy Jimmy Hendrix, gdzie wcześniej żaden gitarzysta nie używał czegoś takiego. Robiło się wiele eksperymentów żeby muzykę przenieść na inną czasoprzestrzeń lub złamać utarte konwenanse.

Nie możemy zapomnieć, że na Zachodzie był to czas wielu zmian społecznych, gdzie my w Polsce w ogóle tego nie odczuliśmy. U nas rosło niezadowolenie społeczne z powodu braku wolności a tam na zachodzie zaś ludzie wolni mieli inne tematy i inne problemy. Rewolucja społeczna miała też wpływ na to, jak muzyka rockowa się wykształciła i przeobraziła.

 

Wracając do Waszej kapeli. Jak powstawał debiutancki album Sold My Soul od strony technicznej?

Większość piosenek mieliśmy gotowych od dawna. Tylko kilka utworów było dopiero zrobionych i nieogranych przed wejściem do studia Tower we Wrocławiu. Nie chcieliśmy za mocno kombinować, więc od razu mówiliśmy realizatorowi, że zależy nam na płycie, która będzie dość mocno surowa.

 

Przypomnijmy, że prócz koncertów w Polsce graliście także na zagranicznej trasie w Hiszpanii. I zrobiliście tam furorę. Dobry rock z zacięciem bluesowym z Polski spodobał się na tyle, że chcieliście tam powrócić?

Zagraliśmy osiem koncertów i jak na pierwszy raz przyjęcie było świetne. Hiszpańska publiczność tego typu muzykę chłonie bardziej niż Polacy. U nas nastąpiła swojego rodzaju dziura na rynku muzycznym, szczególnie między rokiem 2000, a 2010. W komercyjnych stacjach radiowych nie grało się za wiele retro. Pojawiło się kilka prostych utworów, które stały się przebojami, jak „Seven Nation Army” White Stripes, ale takiej muzyki powinno być wtedy w Polsce więcej. Wracając do Hiszpanii.

Mieliśmy zorganizowaną drugą trasę na 10 koncertów na ten rok w kwietniu, ale musieliśmy ją odwołać na krótko przed wyjazdem właśnie z powodów wycofania się z niej naszego wokalisty. Ponieważ nie dotrzymał on umowy okłamując nas wcześniej, to przesądziło o usunięciu go z zespołu. Trasa została odwołana, bo nie mieliśmy czasu by znaleźć zastępstwo. Fani w Hiszpanii bardzo chcą nas zobaczyć, ale trudno nam powiedzieć kiedy to się zdarzy.

 

Czy jako autor tekstów, kompozytor i mózg zespołu planujesz już kolejny album?

Mamy parę nowych utworów gotowych. Kolejne pięć czeka na teksty i dopracowanie aranży...etc. Planowaliśmy wstępnie wypuścić nowy singiel na święta z nowym wokalistą, ale już wiemy, że nie wyrobimy się z tym planem czasowo i prawdopodobnie stanie się to około marca.

 

Do sukcesów Twojej formacji wymienić należy także zwycięstwo na festiwalu Ryśka Riedla „Ku przestrodze”. W wywiadach mówiłeś, że śląska publiczność jest konkretna i „kitu jej nie wciśniesz, potrafią być surowi w ocenie”.

Oni podchodzą do muzyki faktycznie w konkretny sposób, głupot im nie sprzedasz. Żadnemu słuchaczowi nie da się wcisnąć kitu, jeżeli się gra nieszczerze, ale śląska publiczność jest specyficzna i wymagająca. Od razu widzi, kto ściemnia. To nie była kwestia typu: „najważniejsze to wygrać”, chodziło nam bardziej o tych ludzi, którzy na festiwal przyjeżdżają od lat. Oni nas wzięli, takimi jakimi byliśmy. To było bardzo miłe.

Czasem zdobywa się nagrody, i co z tego, jeśli ludzie w ogóle tego nie chcą słuchać? Wolę widzieć ludzi na naszym koncercie, niż oglądać dyplomy w ramkach i się puszyć.

 

[img:2]

 

Był też akcent międzynarodowy, chociaż w Opolu. Z „Soldami” miałeś okazję supportować na Międzynarodowym Festiwalu Drum Fest koncert rockowej formacji Steamroller, w której grali m.in. Doug Aldrich i Michael Devin, gitarzyści supergrupy Whitesnake. Widziałam ten koncert i nieźle daliście wtedy czadu.

Byliśmy u siebie w mieście, chcieliśmy zagrać dobry koncert tym bardziej, że poprzedzaliśmy występ naprawdę dobrego zespołu. Super, że festiwal perkusyjny jakim jest Drum Fest, myśli także o gitarowym graniu i zaprasza zespoły ze znanymi w świecie gitarzystami. W tym roku zawitał Paul Gilbert i fajnie, bo to bardzo przyjemny człowiek. Pan Wojtek Lasek i jego ekipa organizacyjna z Aleksandrą Niewiarą włącznie robią naprawdę dobrą robotę!

 

Z pewnością była okazja podzielić się doświadczeniami z amerykańskimi gitarzystami?

Steamroller to zespół coverowy. To po prostu kilku doświadczonych muzyków ze znanych zespołów, którzy na boku zrobili sobie drugi projekt polegający na tym, że kiedy nie grają tras, to mogą sobie pograć parę koncertów. To fajna opcja.

Był oczywiście czas na wymianę doświadczeń. Pamiętajmy, że każdy może założyć zespół coverowy. Od coverów większość z nas zaczyna, ale też bardzo doświadczeni muzycy zakładają takie zespoły właśnie żeby „odsapnąć” od tego co robią na co dzień, żeby grać te stare piosenki na których się wychowali jak się dopiero uczyli grać na gitarach.

 

Do jakich gitar masz słabość i dlaczego?

 

Tak się składa, że większość gitarzystów, których wielbiłem grała na gitarach typu Gibson. Zauważyłem, że są osobowości muzyków, którzy lgną do specyficznych instrumentów. Część ludzi wybierze gitarę typu Fender, inni zakochają się w Gibsonie, miłośnicy tzw shred'u zapewne jakąś „wyścigówkę” typu Ibanez.

Przez ostatnie lata widzę renesans gitar typu hollow body i to jest piękna rzecz. Wszystkie te przykłady to zupełnie różne konstrukcje, dlatego brzmią inaczej. Dla mnie konstrukcja typu Gibson Les Paul lub SG zawsze przemawiała najszybciej.

 

Na scenie grasz najczęściej rocka, bluesa i metal. Jaki preferujesz sprzęt?

Moja filozofia jest prosta: gram na tym co lubię, co mi siedzi w ręce i co od razu odzywa się należycie. Różnica w używaniu sprzętu w studio, a na scenie jest u mnie właściwie znikoma, bo i na scenie i w studio używam tych samych wzmacniaczy, m.in. Marshall, Orange AD 30. Oczywiście lubię też inne wzmacniacze, których nie używam akurat na żywo, np. Suhr, Hiwatt, Zelemer czy Friedman gdy chcę osiągnąć w studiu nieco inną strukturę brzmienia.

 

Na przykład?

Podczas powstawania pierwszej płyty Sold My Soul wszystko nagrałem na Marshall JCM 800 tym, który mam oraz na Orange’u, jeszcze zarejestrowałam dodatkowe ścieżki gitar na wzmacniaczu polskiej firmy Laboga. Sprawdzałem również inny model Marshalla JTM 45. Tam było w sumie pięć różnych wzmacniaczy, ale i tak na samym końcu wykorzystałem ścieżki gitarowe ze wzmacniaczy których używam na żywo.

 

W rodzinnym mieście, opolanie mogą Cię pamiętać z grup Flower i Wolna Europa. Ile miałeś wtedy lat? Czy to były początki Twojej przygody z gitarą?

Flower działał krótko, bo dwa lata i 3 miesiące, miałem wtedy 22 lata. To był rockowy zespół, który założyłem jak kolega, na którego czekałem wyszedł z wojska. Drugiego zwerbowałem i kupiłem perkusję, bo nie miał własnej i tak się zaczęło... Z kolei Wolna Europa to była taka mała „wylęgarnia talentów” w Opolu. Muzycy z tego zespołu przechodzili potem do bardziej znanych kapel.

 

Jakich?

Ja zastąpiłem muzyka, który poszedł grać do zespołu Piersi, kiedy Piersi robiły pierwszą i drugą płytę. Perkusista Wolnej Europy też przeszedł do Piesi. Ten zespół działał ok. 10 lat, a dołączyłem do nich jak miałem jakieś 23 lata.

 

Kto Cię nauczył grać?

W wieku 10 lat tata zapisał mnie do szkoły muzycznej na fortepian, ale mi się to nie podobało. Całe moje życie jestem buntownikiem, więc już wtedy zupełnie nie podobało mi się jak ktoś mi mówił co mam robić, grozi mi czy stosuje jakieś głupie kary, jak stawanie w kącie, czy bije linijką po rękach. Dawniej tak w szkole bywało

Przestałem więc chodzić na te lekcje i z kumplem siedzieliśmy u niego w domu słuchając AC/DC (śmiech). Aż w końcu zadzwonili ze szkoły do domu i się skończyło. Dostałem w tyłek za kłamstwo i ojciec zapytał, co chcę zamiast fortepianu, bo nie będzie tak, że nic nie będę robił. No i padło na gitarę.

 

[img:3]

 

Kto Cię zaraził tak na serio muzyką, gitarowym graniem?

Tata był fotografem i u niego pracował czeladnik, taki hipis o imieniu Andrzej. Ja miałem jakieś 9 lat, a ten koleś z 19. Jak ja tam przychodziłem po lekcjach musiałem czekać 2-3 godziny aż ojciec zamknie zakład, żebyśmy pojechali do domu.

W tym czasie kręciłem się z nudów, ale czeladnik zawsze miał ze sobą jakieś płyty winylowe pod pachą. Najpierw patrzyłem na okładki, potem on mi o albumach opowiadał i w końcu słuchaliśmy tej muzyki. I to był ten moment, że ja zwariowałem na jej punkcie.

 

Czyli był czeladnik, miał dobry gust muzyczny i był Twoim przewodnikiem po brzmieniach…

Po stylistyce tak, ale nie po brzmieniach. Zacząłem słuchać tego gitarowego jazgotu, m.in. Deep Purple. Co więcej mój starszy kolega był też bardzo dobrym rysownikiem amatorem i w wolnych chwilach szkicował głowy muzyków w długich włosach, a mnie odpytywał, kto jest kim na tych rysunkach.

Potem na plastyce sam rysowałem taki stały obrazek: czterech muzyków z długimi włosami stoi na scenie z rozstawionymi szeroko nogami. Wyglądali coś jak wczesny Slayer lub Kiss. Każdy z nich miał oczywiście gitarę, która miała futurystyczno-kosmiczny kształt i charakterystyczne ostre rogi, niektóre były w kształcie gwiazd. Z tyłu był oczywiście koleś na perkusji z uniesionymi pałkami w górę.

A to się działo długo przed tym, jak byłem w ogóle na jakimś koncercie. Znałem te sceny dokładnie z okładek płyt winylowych, które w środku miały zdjęcia z koncertów.

 

Czy miałeś w tym czasie jakieś ulubione okładki?

Najmocniej w pamięć zapadły mi płyty koncertowe. Czeladnik ojca miał taką płytę AC/DC „If you want blood”. Na scenie stoją gitarzysta i wokalista, ale Angusowi został wbity gryf gitarowy w brzuch i leci krew. Horror... Była też inna płyta z lat 70. pt. „Tokio Tapes” zespołu Scorpions. Na okładce jest dwóch gitarzystów, są tak strasznie powyginani, że włosy aż dotykają ziemi, na butach w koturnach i dzwony… Takie rzeczy mnie fascynowały, ale także okładki naszych polskich kapel jak SBB i Krzak lub psychodeliczne w stylu Niemena.

 

A jakie media w tamtych czasach kształtowały gusta muzyczne, jak było w Twoim przypadku?

Świetne audycje miała Trójka. Nie do przecenienia dla mnie były 'Wieczory Płytowe' Kaczkowskiego czy 'Metalowe Tortury', które prowadził m.in. Roman Rogowiecki. Byli jeszcze ważni redaktorzy jak Mann i Chojnacki a potem doszedł Beksiński. Reszta to już tylko kasety i płyty z giełd i od znajomych.

 

Miłość do gitary pozwoliła Ci rozwijać szkoła muzyczna. Jak jeszcze uczyłeś się gry?

Ze szkołą muzyczną ostatecznie pożegnałem się po kilku latach i grania uczyłem się ze słuchania płyt, radia. Wtedy nie było materiałów szkoleniowych dla gitarzystów rockowych czy elektrycznych, nie było książek tego konkretnego typu. Były tylko książki do nauki gitary klasycznej plus tradycyjny solfeż dzięki któremu kształciło się słuch.

Jak mówię, do grania elektrycznego nie było w Polsce materiałów. My tylko słyszeliśmy, że gdzieś tam na Zachodzie są lekcje na wideo, że był jakiś gitarzysta, który się nagrał i można się od niego uczyć. Dla nas to było nieosiągalne. Po roku 1990 takie lekcje już stały się normalne, moda szybko się rozpowszechniła.

 

Twoim zdaniem współczesna młodzież, która może uczyć się gitary np. z Internetu ma prościej niż Ty, kiedy zaczynałeś naukę tzw. „starą szkołą”?

Im jest dziś dużo, dużo łatwiej, ale zaletą nauki „na ucho”, czyli takiej jak ja i moi rówieśnicy mieliśmy w przypadku gitar elektrycznych jest to, że my mimowolnie wykształciliśmy dobrze słuch.

 

W czym Ci to pomaga najbardziej?

W wielu rzeczach, na przykład w improwizacji. Słyszy się o wiele więcej rzeczy i rozpoznaje w krótszym czasie i to cenna umiejętność.

 

Polecasz więc młodym sięgać do dawnych technik?

Nie ma dawnych technik. Po prostu technika jest ważna na pewnym etapie. Pamiętajmy też że dziś młodzi gitarzyści pewien poziom osiągają znacznie szybciej niż 30 lat temu. Wszystko mają na talerzu, lekcje na YouTubie, więc nawet jak nie słyszą „na ucho”, to mogą dokładnie popatrzeć na zbliżeniu z kamery, gdzie idą palce, użyć softweare do spowalniania muzyki przy zachowaniu tej samej tonacji by się zapoznać dokładnie z partiami gitar w piosence, jest tabulatura, masa rzeczy.

Gdy więc młody człowiek dziś zaczyna naukę na gitarze elektrycznej w wieku lat 12-13 i jak naprawdę go to fascynuje, to w wieku lat 18-20 świetnie już gra technicznie, wtedy już brakuje mu tylko doświadczenia w obyciu z innymi muzykami, ze sceną, w aranżach, pisaniu piosenek ale jak jest dobry to szybko je zdobędzie.

 

[img:4]

 

Dodajmy, że jesteś również pedagogiem. W Twojej ocenie co jest bardzo ważne w nauce?

Systematyka to podstawa. Lepiej mało ćwiczyć, ale co dnia, niż brać gitarę do ręki przez 3 godziny. a potem cały tydzień nic.

 

Z Twoich doświadczeń, co uczniów najbardziej demotywuje? Nawet tych, którzy być może mają talent?

Zależy od tego cały szereg spraw, jak wiek czy nawet rodzice. Są różne osobowości. Co do rodziców, to oni mogą być pomocni, wspierać, chwalić jak są postępy, ale mogą też skutecznie przeszkadzać dziecku nie mając o tym świadomości.

 

Kiedy przeszkadzają?

Zawsze kiedy chcą przekazywać swoje niespełnione marzenia i ambicje na dzieci. Cisną potem i cisną tą swoją pociechę, ale zwykle się to nie sprawdza. Oczywiście jeśli mówimy o młodszych dzieciach, to je często trzeba mobilizować, jakimś fortelem czy zachętą. Nie może to być jednak terroryzowanie (śmiech). Dziś na szczęście rodzice są już bardziej świadomi i takie postawy należą do nielicznych.

 

„Graj by być lepszym człowiekiem, a nie najlepszym gitarzystą” – to złota myśl, która widnieje na szczycie Twojej strony internetowej. Granie Cię realnie uszczęśliwia?

To taka moja dewiza, która wynika z wielu czynników, między innymi z poruszania się w branży muzycznej. Uważam, że muzyka ma wielką siłę, jest królową wszystkich sztuk. Dużo częściej się zdarza, że słuchacz przy muzyce płacze niż oglądając wystawę malarstwa. To właśnie w dźwiękach jest coś tak emocjonalnego, co może cię poruszyć w różnych kierunkach, można zmienić klimat muzyczny i poruszy cię w innym kierunku. Główna moc muzyki, to ta lepsza energia, która z ludzi zwykle robi lepszych ludzi, daje ukojenie lub możliwość obrania drogi po 'jasnej' stronie mocy.

 

Odczuwasz to na sobie?

Nie czuję się lepszy od innych ludzi, ale jestem przekonany o tym, że gdybym nie grał na jakimś instrumencie, w jakiś sposób byłbym biedniejszy, a już na pewno w pewnym okresie wpadłbym w poważne kłopoty. Poznałem wielu muzyków, którzy moim zdaniem nie koncentrują się na tym, co jest istotą w graniu, byciu muzykiem.

A najistotniejsza jest sama droga rozwoju. Wielu ludzi traktuje muzykę jak sport, a muzyka to nie jest sport. Odczuwanie muzyki to kwestia indywidualnego odbioru słuchacza. Ale nie dam się wciągnąć do rozmowy o gustach. Mówię o sednie, o przekazie. Mam nadzieję że muzyka faktycznie łagodzi obyczaje.

 

Przez ostatnie lata grałeś chyba w ponad 10 zespołach, także zagranicznych. To był już ten czas gdy byłeś pewny, że bez gitary nie ma dla Ciebie życia, w pełni ukształtowałeś swój styl?

To było świetne doświadczenie. Teraz mam niedosyt nawet. W takim najlepszym okresie grałem w 2-3 zespołach na raz. To zupełnie co innego niż własny zespół, komponowanie swoich utworów.

Tu idziesz do zespołu, ktoś ci mówi mam to i to, a ty do tego musisz zrobić partie gitary. Siedzisz i to robisz. Czasami się czułem w tej roli dobrze, czasami nie.

 

A kiedy nie?

Nie miałem doświadczenia jako muzyk sesyjny i dostawałem rzeczy, na których się nie znałem zbyt dobrze. Nikt mi nie dał bluesa czy rocka, było za to mieszanie stylistyk, różne instrumentarium i trzeba było się w tym szybko odnaleźć. Pojawiły się na przykład trąbki, saksofony, keyboardy czy głosy które śpiewają zupełnie inne linie niż główny wokalista i pytanie, jak tu zrobić do tego gitarę, która będzie do tego dobrze leżeć?

Nie wystarczyło posłuchać, zapamiętać jak idą zwrotki, refreny i coś tam nagrać, tylko pomyśleć, czy w danym miejscu nie zagram na tej gitarze za dużo, czy nie zagram za mało, czy grać linię melodyczną za saksofonem w tercjach, czy może słuchać bliżej akordowych partii pianina i do niego dopasowywać gitarę. Wtedy działałem bardziej intuicyjnie, bo nie mam za sobą konserwatorium jazzowego, ale była to piękna i szybka nauka.

 

Dziś grasz we własnym zespole, piszesz i komponujesz narzucając stylistykę dla Sold My Soul. Wydaje się, że to bardziej komfortowa sytuacja.

Nie do końca. W Soldach mam też inne sprawy na głowie. Poza tym to nie znaczy, że nie lubię pograć innych rzeczy, jak metal na przykład (śmiech). Tęsknie też za etnicznym graniem z jakąś grupą, to zupełnie inne wibracje.

 

Brakuje więc pola do spożytkowania tej całej gitarowej energii?

Chętnie bym się znalazł w zespole, który porusza się w stylistyce metalowej, gdzie wszystko dobrze funkcjonuje. Być może jako muzyk sesyjny. Zawsze mam otwartą głowę na różne projekty. To działa tak, że gdy ktoś do mnie dzwoni i mówi, że potrzebuje żebym zrobił coś z gitarą, to jestem jak snajper (śmiech). Przyjmuję zlecenie i je rozpracowuję. To moja praca.

 

Czyli to chyba trochę jest tak, że dobry gitarzysta powinien potrafić przyjąć zadanie i znaleźć atrakcyjny sposób na jego realizację?

Można to tak po części rozumieć. To działa, bo ciągle się uczysz. Nawet jak ktoś gra inaczej, a proponuje ci współpracę, to jest szansa dla ciebie na poruszenie i odświeżenie wyobraźni w innych klimatach muzycznych, w których na co dzień może się nie poruszasz.

Dostaję cel, czyli materiał, który jest czymś innym niż to co robi dajmy na to moja kapela. Traktuję to tak, że mogę się przenieść na nowe muzyczne terytorium, a przy okazji zrobić dla kogoś coś interesującego, zaskakującego. Jeśli sam się zaskoczę własną grą na plus to jestem w siódmym niebie!

 

Dziękuję za rozmowę.

reklama

Najnowsze wywiady

Fryderyki 2017: L.U.C. Fryderyki 2017: L.U.C.

W ramach naszego cyklu związanego z tegorocznym rozdaniem Fryderyków prezentujemy Wam wywiad z L.U.C.-em. Artysta w towarzystwie Mesajah, Rebel Babel Ensemble, a także...

MAFIA: "Spotykamy się w warszawskim klubie Stodoła i rozpoczynamy nowy etap w historii zespołu!" MAFIA: "Spotykamy się w warszawskim klubie Stodoła i rozpoczynamy nowy etap w historii zespołu!"

fot. M. Nowakowski 7 października w warszawskim Klubie Stodoła wystąpi Mafia. Z okazji zbliżającego się koncertu zapraszamy do wywiadu z Tomkiem Bracichowiczem - liderem...

Koncert Snarky Puppy we Wrocławiu Koncert Snarky Puppy we Wrocławiu

Wrocław czekał na nich z utęsknieniem. Zdążył im już nawet wybudować wspaniałą salę koncertową i piękne garderoby jakich wcześniej nie widzieli… W środowisku lokalnych...

Fryderyki 2017: BeMy Fryderyki 2017: BeMy

Na zdjęciu Mattia i Elie Rosinscy fot. Honrata Karapuda/Universal Music Polska W ramach naszego cyklu związanego z tegorocznym rozdaniem Fryderyków prezentujemy Wam wywiad...

Wywiad: Marcin Mroziński Wywiad: Marcin Mroziński

Zdjęcia z archiwum Art Movement Zapraszamy na nasz wywiad z Marcinem Mrozińskim, założycielem firmy Art-Movement, która powstała po by tworzyć nowy wymiar widowisk łączący...

mikrofon