RELACJA: Guns N' Roses na Stadionie Energa Gdańsk

RELACJA: Guns N' Roses na Stadionie Energa Gdańsk

29 czerwca 2017, 18:07
autor: Michał Bigoraj

Dla wielu Guns N’ Roses to ostatni (mam na myśli moment rozpoczęcia działalności) z absolutnie największych zespołów rockowych. Przepraszam fanów innych zespołów (zwłaszcza tych z gatunku grunge), ale przez wielkość mam na myśli nie tylko sferę artystyczną, ale też całą otoczkę związaną z byciem absolutnie światową gwiazdą rocka, ze wszelkimi związanymi z tym pokusami, skandalami czy luksusami. A taką dla wielu Gunsi byli w pierwszych, najbardziej owocnych latach swej działalności – w drugiej połowie lat 80. i pierwszej 90. Teraz, po ok. 20 latach przerwy – w której to koncertowali (z przerwami) pod macierzystym szyldem, ale jednym stałym członkiem pierwotnego składu był charyzmatyczny Axl Rose – wrócili w oryginalnym (w dużej części) składzie i po raz pierwszy po tym zjednoczeniu dali koncert w Polsce. 20 czerwca na Stadionie Energa w Gdańsku ikoniczny gitarzysta Slash i Axl pokazali, że choć przyjaciółmi raczej nadal nie są, na scenie potrafią ze sobą współpracować niemal tak dobrze jak kiedyś.

Guns N’ Roses, amerykańska grupa założona w 1985 r., to jeden z najwybitniejszych zespołów w historii światowego rocka. W opinii wielu fanów i krytyków ich muzyka jest kwintesencją hard rocka i heavy metalu. Ich pierwszy album „Appetite for Destruction” (1987 r.) okazał się wielkim sukcesem. Płyta rozeszła się w nakładzie ok. 30 milionów egzemplarzy i jest najlepiej sprzedającym się debiutanckim krążkiem w historii muzyki. Guns N' Roses jako pierwsi w rockmani wydali dwa osobne albumy jednego dnia („Use Your Illusion I” i „Use Your Illusion II”).

 

[img:1]

fot. Maciej Kuszlewicz

 

Zadebiutowały odpowiednio na 2. i 1. miejscu listy magazynu „Billboard”, czego nie dokonał ani wcześniej, ani później żaden inny artysta czy zespół! W ciągu swojej kariery zespół stworzył charakterystyczny styl, w którym dominują przede wszystkim duety gitar elektrycznych i wysoki wokal. Bardzo silnym punktem tej grupy są także nastrojowe i rozbudowane ballady. Do tej pory Guns N’ Roses grali w Polsce dwa razy: 15 czerwca 2006 r. zaprezentowali się na stadionie Legii w Warszawie, 11 lipca 2012 r. wystąpili zaś na Stadionie Miejskim w Rybniku.

Centralną postacią tamtej ekipy był oczywiście Axl. W Rybniku prezentował się jednak nienadzwyczajnie. Zarówno wokalnie (sporo fałszów, „niewyciąganie” niektórych dźwięków), wizerunkowo (znacznie większa niż teraz nadwaga oraz słaba kondycja), jak i charakterologicznie (koncert rozpoczął się ze znacznym, ponad trzygodzinnym opóźnieniem, co było, głównie przez Axla, standardem nawet w najlepszych dla Gunsów czasach).

 

[img:2]

fot. Maciej Kuszlewicz

 

Nowa-stara odsłona Gunsów jednak Axlowi służy. W Gdańsku prezentował się znacznie lepiej niż 5 lat wcześniej. Pod każdym względem. Pierwsze zaskoczenie przeżyliśmy, gdy Axl z kolegami wyszli na scenę niemal punktualnie, zaledwie z kilkominutowym opóźnieniem. To od razu zasugerowało, że zarówno swoją pracę, jak i fanów zaczęli po „reaktywacji” traktować poważniej. Drugie zaskoczenie było już mniejsze. Ci bowiem, którzy śledzili zarówno tegoroczne występy Gunsów, jak i te, w których Axl Rose zastępował na wokalu w AC/DC mającego problemy ze zdrowiem Briana Johnsona, wiedzieli, że frontman schudł, a jego kondycja uległa znacznej poprawie względem choćby wspomnianego koncertu w Rybniku.

Dowodem było to, jak często Axl biegał podczas koncertu. Najbardziej imponującą przebieżkę miał chyba przy okazji utworu „Estranged”. Największym pozytywnym zaskoczeniem był jednak głos Axla, który wprawdzie nie brzmiał tak imponująco jak na początku kariery, ale wysoki, piskliwo-skrzeczący wokal ciągle potrafi urzekać i dostarczać pięknych emocji. To, że Axl jest świetnie dysponowany wokalnie, mogliśmy usłyszeć już przy okazji trzech utworów koncert otwierających: „It’s So Easy”, „Mr. Brownstone” (pochodzących z debiutanckiej płyty i wydanych na pierwszym singlu grupy w Wielkiej Brytanii) i „Chinese Democracy”.

 

[img:7]

fot. Dagmara Szymańska

 

Warto chwilę uwagę poświęcić tej ostatniej, jest to bowiem tytułowy utwór z płyty studyjnej wydanej w 2008 r. – tylko ona zaś powstała we wspomnianych na początku tekstu czasach, kiedy jedynym oryginalnym „Gunsem” w Gunsach był właśnie Rose. Zresztą ten krążek bywa uważany za jeden z najdłużej nagrywanych i najdroższych w historii. Prace nad nim trwały bowiem z przerwami blisko 15 lat. Ale przyniosły dobre skutki, bowiem album obronił się swoją zawartością. Do tego stopnia, że nawet teraz, gdy do zespołu wrócili Slash i basista Duff McKagan, wykonywane są numery z tej płyty. W Gdańsku oprócz tytułowego usłyszeliśmy jeszcze „This Is Love” i znakomicie zaśpiewany „Better” – jeden z najmocniejszych punktów koncertu.

 

[img:3]

fot. Maciej Kuszlewicz

 

Ale nie oszukujmy się. Około 40 tysięcy widzów przybyło do Gdańska przede wszystkim po to, by usłyszeć największe hity zespołu. Nie zawiedli się. Pojawiły się takie przeboje, jak rozbudowana „Coma”, energiczne „Rocket Queen” (w której Slash popisywał się solówkami), nastrojowe „Yesterdays” czy kończący zasadniczą część koncertu, tradycyjnie „kolejowo” rozpoczęty „Nightrain”. Większość czytających te słowa wie jednak, że nie na te hity czekaliśmy najbardziej… Wśród tych najbardziej oczekiwanych zabrakło niestety przepięknej, niezwykle emocjonalnej ballady „Don’t Cry”. Z drugiej jednak strony tego wieczoru Axl lepiej wykonywał numery „szybkie”, a największe wrażenie zrobił niewątpliwie „Welcome to the Jungle”, zaśpiewany tak jak za najlepszych czasów.

Zresztą do formy wokalnej Axla dopasowali się instrumentaliści i naprawdę można było się poczuć się jak bohaterowie filmu „Powrót do przyszłości" (a o filmach jeszcze tu będzie). Niewiele gorzej głos Axla wypadł w innych klasykach: „Sweet Child o’ Mine” (w którym, wbrew obawom niektórych, muzyków wokalnie nie wspomagała dobra znajoma Slasha Doda, będąca wraz ze swoim zespołem Virgin trochę absurdalnym suportem Gunsów obok zasłużonego i szanowanego zespołu Killing Joke), „You Could Be Mine” (zapowiedzianego przewrotnie przez Axla jako „ballada” i znanego choćby z filmu „Terminator 2”, do którego nawiązywały wizualizacje widoczne na telebimie) czy kończącym całość, zagranym na spodziewany bis „Paradise City”.

Przy okazji tego utworu najbardziej jednak popisywał się drugi z bohaterów tego wieczoru – Slash. Legendarny gitarzysta, tradycyjnie noszący równie legendarny cylinder, niektóre swoje partie zagrał w nim bowiem trzymając gitarę za plecami! Swoje solowe popisy prezentował podczas koncertu wielokrotnie, m.in. przy okazji „Estranged” czy „Civil War”, przy okazji którego zagrał na dwugryfowej elektryczno-akustycznej gitarze. Ale o tym że Slash to rockowy wirtuoz i stary sceniczny wyjadacz nie trzeba nikogo przekonywać. Oba wspomniane utwory zostały też zresztą świetnie zaśpiewane przez Axla, a drugi z nich, podobnie jak później „Patience”, zawierał charakterystyczne gwizdanie wokalisty.

 

[img:4]

fot. Maciej Kuszlewicz

 

Ponadto mogliśmy się delektować maestrią Slasha zarówno w repertuarze napisanym przez Gunsów (w tym także przez niego), jak i licznych coverach, z których ten zespół słynie. Dwa największe z nich to oczywiście „Knockin’ on Heaven’s Door” Boba Dylana i „Live and Let Die” Paula McCartneya i grupy Wings (cudzych utworów było więcej, m.in. świetnie przyjęty przez publiczność kawałek „The Seeker” z repertuaru The Who). Co interesujące, podobnie jak wspomniany wcześniej „You Could Be Mine” to utwory filmowe, wykorzystane (w oryginalnych wersjach) odpowiednio w antywesternie „Pat Garrett i Billy Kid” oraz (zgodnie z tytułem) „Żyj i pozwól umrzeć” (pierwszy „James Bond” ze zmarłym niedawno Rogerem Moore’em).

Ciekawostka – oba obrazy powstały w 1973 r. Na koniec koncertu, gdy już muzycy zeszli ze sceny, usłyszeliśmy zresztą jeszcze jeden „bondowski” utwór „You Know My Name”, znany z filmu „Casino Royale” (2006 r.), w hołdzie dla zmarłego niedawno Chrisa Cornella, przyjaciela Slasha (gitarzysta miał zaś na sobie koszulkę z logo zespołu Motörhead jako wyraz szacunku dla innego zmarłego przyjaciela muzyka Lemmy’ego). Zresztą w trakcie koncertu Guns N’ Roses pokusili się o jeszcze jeden pokłon w stronę słynnego muzyka – zagrali nadspodziewanie dobrze zinterpretowane przez Axla „Black Hole Sun” z macierzystej formacji Cornella, czyli Soundgarden, przy okazji którego publiczność oddała hołd mistrzom światełkami, głównie z telefonów.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do muzyki „filmowej”, bowiem znakomitym punktem koncertu były, podobnie jak za klasycznych czasów, pięknie zinterpretowane przez Slasha motywy z filmu „Ojciec Chrzestny” (skomponowane przez Nino Rotę). Wchodziły one w skład solówki, w której słynny gitarzysta zaprezentował utwór innego zmarłego niedawno muzyka, absolutnej legendy i jednego z ojców rock’n’rolla, czyli „Johnny B. Goode” Chucka Berry’ego. Dla mnie jednak najlepszym momentem instrumentalnych popisów Slasha był fragment, kiedy wspólnie z drugim gitarzystą Richardem Fortusem zagrał w imponujący sposób instrumentalną wersję „Wish You Were Here” Pink Floyd.

 

[img:8]

fot. Dagmara Szymańska

 

To jednak nie gitarzysta wspomagający w tym klasyku Slasha i prezentujący świetną solówkę przy okazji „Knockin' on Heaven's Door” był trzecim muzykiem, na którego publiczność w Gdańsku zwracała największą uwagę. Był nim oczywiście basista najbardziej znanego składu grupy Duff McKagan, który przez cały koncert prezentował się niezwykle dostojnie. Ten sympatyczny muzyk stojący tak jak kiedyś w cieniu dwóch liderów oprócz oczywistych instrumentalnych umiejętności pokazał się także jako sprawny wokalista, brawurowo wykonując utwór „Attitude” z repertuaru grupy Misfits.

Oczywiście jednak najważniejszy był jego bas, który spajał w całość zarówno rozbudowane ballady, jak też energiczne rockery. Jak wiemy, niezłym instrumentalistą jest także Rose, o czym mieliśmy okazję się przekonać przy okazji choćby fragmentu „Layli” z repertuaru Derek and the Dominos. Ten słynny wstęp miał być w tym przypadku jednak jedynie preludium do mojego ulubionego utworu Gunsów „November Rain”. Preludium to jednak stało się jednym z najpiękniejszych momentów tego koncertu i znakomicie (także dzięki udziałowi Slasha) poprzedziło wspomnianą kompozycję.

„November Rain” pochodząca z „Use Your Illusion I” wypadła pięknie, ale nie…cudownie. Głównie dlatego, że Axl trochę kuriozalnie skrzecząco zaśpiewał słynną końcówkę oraz lekko pomylił się w klawiszowym wstępie. Poza tym na fortepian nie wszedł Slash... Dał za to oczywiście trzy pięknie partie solowe i także dzięki nim momentami czułem magię jak dawniej. Mimo wszystko zobaczyć najważniejszych muzyków Gunsów wykonywujących ten przepiękny numer na jednej scenie w Polsce było pięknym artystycznym i emocjonalnym doznaniem. I chyba kulminacyjnym momentem występu, który był sentymentalną podróżą do pięknych czasów muzycznej beztroski.

 

[img:5]

fot. Maciej Kuszlewicz

 

Być może to doznanie byłoby jeszcze większe, gdyby w koncercie uczestniczyli inni muzycy, którzy występowali w przeszłości w Guns N’ Roses, przede wszystkim gitarzysta Izzy Stardlin i perkusiści Steven Adler czy zastępujący go później Matt Sorum. Ale z drugiej strony naprawdę trudno cokolwiek zarzucić tym, którzy wystąpili, bowiem Dizzy Reed (grający na instrumentach klawiszowych; próbkę tego, jak mu to świetnie wychodzi, dał choćby przy okazji solo w „Estranged”) dołączył do Gunsów na początku 90. i podobnie jak wspomniany Richard Fortus (gitara rytmiczna) i Frank Ferrer (perkusja) grał z Axlem we wcieleniu Gunsów bez Slasha i Duffa. Jedyną nową twarzą obecnych Gunsów jest, co nietypowe, kobieta Melissa Reese, która wspomaga zespół na instrumentach klawiszowych i wokalnie. Wszyscy oni przyczynili się bez wątpienia do sukcesu do tego koncertu. A że odnieśli sukces, może świadczyć entuzjastyczna postawa publiczności.

Widownia była jednak dość… dziwna. Z jednej bowiem strony mnóstwo osób bawiło się znakomicie, a niektórzy aż nadto energicznie (takiego pogo, jakiego byłem świadkiem, nie powstydziłby się Przystanek Woodstock czy koncerty punkowych kapel), z drugiej jednak można było dostrzec osoby znużone koncertem. I to w strefie tzw. golden circle, która, swoją drogą, była chyba największą i najbardziej tłoczną tego typu przestrzenią, w jakiej kiedykolwiek się znalazłem! Inna sprawa, że organizatorzy nie popisali się także w kwestii wpuszczania ludzi i miejsc na trybunach, w efekcie czego dochodziło do przepychanek i nerwowych scen.

Nienajlepsza była też momentami akustyka, a szczególnie przytłumiony był dźwięk gitar. To wszystko jednak nie przeszkodziło w generalnie świetnym odbiorze koncertu, którego mocnym punktem była także scenografia. Na jej głównym elemencie, telebimie, najczęściej mogliśmy oglądać charakterystyczne logo zespołu, ale oczywiście pojawiły się też liczne, ostre jak brzytwa wizualizacje, zdjęcia czy filmiki. Czasem ekran i cała sceneria wokół sceny stawały się czarno-białe, tak jak to było choćby przy okazji „Live and Let Die”, jednego z tych kawałków, podczas których pozytywne szaleństwo publiki było największe. Na koniec, przy okazji „Paradise City” – podobnie jak inne wielkie hity, chóralnie odśpiewanego przez publikę – nie zabrakło obowiązkowego konfetti i kolorowych fajerwerków.

 

[img:6]

fot. Maciej Kuszlewicz

 

Nie wszystko na koncercie było jednak takie oczywiste. Została np. zagrana mniej znana kompozycja „My Michelle” napisana przez Axla dla swojej koleżanki. Były też oczywiście momenty zabawne, które nie zdarzały się na innych koncertach, jak choćby pomyłka w śpiewie i tekście podczas znakomitego kawałka „Patience”, zagranego jako pierwszy bis (poprzedzonego akustycznym fragmentem utworu „Mellisa” The Allman Brothers Band, tym razem hołdu dla zmarłego Gregga Allmana w wykonaniu Slasha i Fortusa), którą Axl skomentował (w trakcie występu!) w swoim stylu: „Bullshit”. Jednak wokalista, który słynnie raczej z ciężkiego i humorzastego charakteru, tym razem naprawdę wyglądał na sympatycznego gościa, któremu występ daje dużo radości.

Jego mina podczas grania wspomnianego fragmentu „Layli” była wprost urocza i tę radość pokazywała. Tradycyjnie wokalista zmieniał także swoje kreacje. Na drugim biegunie był Slash, który prezentował się bardziej ponuro. Inna sprawa, że jest to niejako element jego image’u, a jego prawdziwy wyraz twarzy trudno dojrzeć spod długich włosów, cylindra i tradycyjnych przeciwsłonecznych okularów. Widać było, że Axl i Slash raczej wielkimi kumplami na nowo po reaktywacji nie zostali, ale między nimi na scenie nie iskrzyło. Było to dyplomatyczne porozumienie ponad podziałami.

Mi osobiście na koncercie zabrakło większej interakcji z publiką (poza m.in. komunikatem Axla przy okazji utworu „Double Talkin’ Jive”, w trakcie którego kazał przestać dobrze dysponowanemu przez cały koncert Frankowi Ferrerowi nabijać rytm, by publiczność w odsunęła się krok w tył, żeby nie zmiażdżyć ludzi przy barierkach). Nie było przemówień czy anegdot, a muzycy ograniczali się zdawkowych pozdrowień i podziękowań.

 

[img:9]

fot. Dagmara Szymańska

 

Niemniej to są mimo wszystko drobiazgi nierzutujące na bardzo dobrą ocenę tego ponad trzygodzinnego znakomitego koncertu! Miejmy nadzieję, że trasa o wymownej nazwie „No in This Lifetime Tour” nie będzie ostatnią w historii tego zespołu i jeszcze wrócą nad Wisłę! W końcu skoro już raz złamali zasadę „nie w tym życiu” (tak kiedyś Axl powiedział, zapytany o możliwość wspólnych występów ze Slashem), to już mogą to robić cały czas!

Tekst: Michał Bigoraj

Rock

Muzyka

ØRGANEK już 17 grudnia zagra w Stodole w ramach trasy „NA RAZIE STOJĘ, NA RAZIE PATRZĘ"
Więcej wiadomości
Copyright © INFOMUSIC 2021

Szanowny Czytelniku

Chcemy dostarczyć Ci najlepszych możliwych wrażeń płynących z użytkowania serwisu, dlatego potrzebujemy Twojej zgody na lepsze dopasowanie treści reklamowych do Twoich zainteresowań. Poufność danych jest dla INFOMUSIC.PL niezwykle ważna i chcemy, aby każdy nasz użytkownik wiedział, w jaki sposób je przetwarzamy. Dlatego sporządziliśmy Politykę prywatności opisującą sposób ochrony i przetwarzania Twoich danych osobowych. Pozostając na stronie akceptujesz jej postanowienia.

Przejdź do serwisu Nie teraz